SPORTOWIEC MODLNICZKA-DĄBSKI KS 1:1 (1:0)

Gra lepsza od wyniku
Lekki niedosyt dominuje po wizycie w Modlniczce. Dąbski tylko zremisował ze Sportowcem 1:1 (0:1), chociaż miał optyczną przewagę na terenie rywala. Można było tam wygrać.
Dziwny był ten mecz. Dlaczego? Bo można też było przegrać, mimo że gospodarze głównie się bronili przed naszą drużyną. Żerowali na błędach Dąbskiego. Mieli problem ze złożeniem składnej akcji, liczyli więc na kontry. Nie wiemy, czy tak planowali, czy im tak wyszło, ale kilka razy szybko przenieśli akcję na przedpole Dąbskiego i trzy nasze faule tuż przed polem karnym były koniecznością. Za jeden z nich, w doliczonym czasie gry, z boiska wyleciał Adrian Gerlich.
Wśród gospodarzy brylował szczupły blondynek. Nasi nie znali go, wcześniej nie występował w klasie A. Pojawił się nie wiadomo skąd i narobił zamieszania. W ostatniej minucie pierwszej połowy swoją lepszą lewą nogą huknął z ponad 30 metrów. Strzał w stylu Juninho, piłka świdrowała to w jedną, to w drugą stronę i Artur Banasik nie dał rady.
Po meczu dowiedzieliśmy się, kto to. Nazywa się Marcel Wilczyński, ma zaledwie 18 lat. A umie dużo, bo kilka lat spędził w… Wiśle. I to nie jako statysta, a czołowy zawodnik trampkarzy, a potem juniorów młodszych. Dość powiedzieć, że był kolegą Kacpra Laskosia, który weekend spędził jako rezerwowy w meczu ekstraklasy z Jagiellonią.
Nie wiadomo, co ten chłopak robi akurat w klasie A, pewnie ma problem z poukładaniem własnych spraw, ale długo w tej lidze nie powinien zostać. My tylko wzdychamy, że ktoś ma młodzieżowca-asa, a u nas od lat młodzieżowcy spełniają marginalne role.
Wróćmy do Dąbskiego. Grał nieźle w wybranych aspektach – dobrze w obronie, dobrze w środku pomocy. I co z tego, skoro akcje łamały się w „16” lub w jej pobliżu. To poważna bolączka naszej drużyny. Zawodnicy przesadzają z koronkowymi próbami a la Barcelona, próbują serią krótkich podań wjechać tam, gdzie aż roi się od rywali. Za rzadko strzelają. Ale w Modlniczce nawet nie to było najgorsze, bo jednak 5-6 wjazdów w „16” nastąpiło. Słabiutkie były ostatnie podania, w nogi obrońców, za bramkę, w ręce bramkarza. Z powodu tych kiksów niezłej gry nie udało się przekuć w zwycięstwo, a punkt został uratowany po wrzutce Tomasza Małoty i główce Karola Szota.
Z samych statystyk da się wyciągnąć wnioski. Typowy mecz Dąbskiego w tej rundzie to taki, gdy zdobywa jedną bramkę. Tak się za często nie wygra. Typowo też Dąbski coś traci, dlatego zwycięstwa zaczęły się przeplatać z remisami i porażkami. Trener Krzysztof Szewczyk ma ograniczone pole manewru (w Modlniczce mogło zagrać 14 zawodników, czyli mniej niż wynosi limit zmian), bo w klasie A powody absencji piłkarza to temat na książkę.
Teraz przerwa, w następną niedzielę nasza drużyna zagra w Nawojowej Górze z Górzanką.
SPORTOWIEC MODLNICZKA – DĄBSKI 1:1 (1:0). Gol dla Dąbskiego – Szot 76′.SKŁAD DĄBSKIEGO: Banasik – Gerlich 90′ cz, Szot, Madyda, Gilarski – Cebula, Nowak (70′ Radwański), Małota, Adamski (60′ W. Ziułek) – Semper, Turczyk.

DĄBSKI KS -PRĄDNICZANKA II 1:3 (0:2)

 logo_PK Smutny tydzień…
To było smutne popołudnie na Dąbiu. Kilka dni po śmierci zasłużonego sympatyka klubu, nasza drużyna nieoczekiwanie uległa rezerwie Prądniczanki 1:3 (0:2).
W minionym tygodniu zmarł Tadeusz Balonek (pogrzeb w środę 10 maja o 11 na Grębałowie). To bolesna dla nas strata. Pan Tadeusz regularnie dopingował Dąbskiego, był na meczu jeszcze miesiąc temu, z Wieczystą. Związany z klubem na dobre i na złe, wcześniej tu grał, tu był oddanym działaczem, m.in. kierownikiem drużyny. Jeden z tych nielicznych, którzy nie zważali na wyniki, pogodę, stan klubowej kasy. Do Dąbskiego nikt i nigdy nie musiał Go przekonywać. Jeszcze w zeszłym roku, na Wigilię, nasz Prezes Władysław Kowalówka uhonorował Pana Tadeusza odznaką klubową, przeznaczoną dla najwierniejszych dąbian. Cześć Jego pamięci!
W sobotę Panu Tadeuszowi poświęcono minutę ciszy. Po niej nastąpiło 45 marnych minut w wykonaniu naszej drużyny. To tylko stwierdzenie faktu, a nie szukanie związku przyczynowo-skutkowego. Gra Dąbskiego w tym okresie nikomu nie przypadła do gustu.
Nasi poczynali sobie zbyt nerwowo. Popełnili mnóstwo błędów w podstawowych elementach – przyjęciu piłki, jej prowadzeniu, podaniach. A śliskie boisko sprzyjało płynnej grze, więc nie ma się czym tłumaczyć. Jeśli na takiej murawie nie wykorzystujesz jej zalet, to pozostają ci jej wady, czyli wystarczy jeden kozioł, by piłka wyszła na aut.
Dominowały złe decyzje. Zbyt skomplikowane, jak na obecne możliwości drużyny, próby budowania akcji. Dąbski zrezygnował ze strzałów, chcąc tradycyjnie wjechać w pole karne serią efektownych podań. Te kombinacje sprawdzały się długo, nawet w zeszłej rundzie, ale ostatnio nie wychodzą, bo zawodzi wiele ogniw, zwłaszcza skrzydłowi i napastnik lub napastnicy.
Poza tym Dąbski, co pokazała druga połowa, mógł wyższym pressingiem nękać Prądniczankę. Trener Krzysztof Szewczyk tego od początku nie zabraniał, ale nasi zawodnicy za wolno się rozkręcali. Rozkręcili się, jak już, niestety, było 0:2.
Pierwszy gol – kuriozalny. Gracz Prądniczanki niemal z linii końcowej chciał dośrodkować piłkę. I wyszło lepiej – został strzelcem! Piłka niemal otarła się o bliższy słupek, by po linii bramkowej i odbiciu się od dalszego słupka wpaść do siatki, zaskakując wszystkich, a najbardziej bramkarza Artura Banasika i autora gola, któremu wpadł w ręce szczęśliwy los na loterii.
Druga bramka to wynik błyskawicznej kontry, zapoczątkowanej stratą Krzysztofa Madydy. Nasi nie zdołali skasować akcji, mimo że błąd nastąpił w okolicy środka boiska.
W drugiej odsłonie mecz diametralnie się odmienił. Dąbski zaczął dominować, co z jednej strony było pozytywnym sygnałem, że ten zespół jeszcze ma sporo paliwa w baku, a z drugiej – dlaczego budzi się, przekuwa złość w dobrą grę dopiero wtedy, gdy jest na dużym minusie? To kwestia tylko i wyłącznie umysłów piłkarzy, ich determinacji, waleczności i szacunku wobec siebie, trenera, kibiców. Zostawmy to, oby drogowskazem na następne mecze była druga połowa z minionej soboty.
Nasi mogli nie tylko doprowadzić do remisu, ale wręcz wygrać! O ile do przerwy mieli tylko jedną okazję (kiks Wiktora Ziułka z zaledwie metra przed bramką), to potem stworzyli ich sześć. Wykorzystali tylko karnego (Mirosław Semper). Mógł paść gol z akcji Tomasza Nowaka, powinien paść, ale z bliska spudłował Mateusz Jędrysiak. Próbował też przesunięty na skrzydło Rafał Cebula.
Szkoda, że krawędzie bramek tak jednoznacznie sprzyjały Prądniczance. Dwa gole (także ten z karnego na 3:1) wpadły po słupkach. Tymczasem u nas główki Karola Szota i Tomasza Nowaka to strzały w poprzeczkę i wewnętrzną część słupka! Piłka tym razem przeturlała się na aut, koło drugiego słupka. Cholerny niefart. Tych kilka centymetrów zrobiło różnicę i zamiast 3:1 jest 1:3.
Niczego nie należy odbierać rywalom. Wygrali na boisku faworyta i w sumie wypadli lepiej niż zwykle. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że następnym razem nie mieliby aż takiej dozy szczęścia w kluczowych akcjach meczu.
Nam pozostaje stwierdzić, że była to czwarta w sezonie, a druga z kolei porażka Dąbskiego, który w niedzielę wybierze się do Modlniczki (godz. 18) i spróbuje na Sportowcu wrócić do dobrych nawyków.
DĄBSKI – PRĄDNICZANKA II 1:3 (0:2). Gol dla Dąbskiego – Semper 62′ z karnego.
SKŁAD DĄBSKIEGO: Banasik – Szot, Cebula, Madyda, Gilarski (78′ A. Ziułek) – Radwański (55′ Turbasa), Nowak, Semper, Turczyk, Jędrysiak (75′ Gerlich) – W. Ziułek (60′ Adamski).

KLĘSKA W BIBICACH – BIBICZANKA – DĄBSKI KS 7:1 (4:1)

    logo            Tego nikt się nie spodziewał. Dąbski chciał wygrać w Bibicach, a zebrał tam baty 1:7 (1:4). To najwyższa porażka naszej drużyny od 4 lat.
Poprzednim meczem, który tak fatalnie zakończył się dla Dąbskiego, było spotkanie z Błękitnymi Modlnica w 2013 roku (0:9). Dawno temu, tak dawno, że aż 10 obecnych zawodników właśnie poniosło największą klęskę w niebiesko-czerwonych barwach.
A przecież grały zespoły o podobnym potencjale. Bibiczanka była druga, Dąbski trzeci. Oczekiwano zatem zaciętego, pasjonującego pojedynku. Nic z tych rzeczy. Gospodarze strzelili 4 gole w ciągu 22 minut, a pierwszy gol padł już po 180 sekundach. Nawet oni przecierali oczy ze zdumienia. Nie przypuszczali, że tak łatwo zbudują gigantyczną przewagę, z którą komfortowo mogli kontynuować mecz.
Dlaczego nasza drużyna tak marnie wypadła w Bibicach? W całościowym ujęciu gry, ustępowała gospodarzom ruchliwością, walecznością, skutecznością. Czyli w zasadzie wszystkim i nie ma najmniejszej wątpliwości, że na porażkę zasłużyła. Tyle, że nie na pogrom, bo obraz meczu, proporcję sił oddałaby przegrana 2 lub maksymalnie 3 bramkami. Jednak gospodarze wykorzystali około 70 procent okazji strzeleckich (7 z 11), a nasi 25 (1 z 4).
Pięć goli padło po niespotykanych dotąd błędach. Te klopsy, główki z pola bramkowego, mijanie się z piłką we własnym polu karnym, czy też wystawianie rywalom piłki w okolicy 20. metra, były zawstydzające i smutne. Dla wszystkich, nie tylko dla trenera i zawodników, ale też sympatyków naszej drużyny.
Na to nie ma logicznego wytłumaczenia i nie może też być lekkiego usprawiedliwienia. Dąbski wyglądał jak zespół z czołówki, ale klasy B. Zaprosił gospodarzy do uczty, a ci mieli tego dnia wilczy apetyt.
Celowo unikamy bardziej szczegółowego opisu, bo wystarczy, że część naszych zawodników zdyskredytowała się w niedzielę przed ludźmi, a część była o tyle lepsza, że słaba, a nie tragiczna. Nie będziemy jednak wchodzić w detale, gdy jest połowa rundy, tym bardziej, że w Bibicach zabrakło aż 5 zawodników z 19, którzy wiosnę rozpoczęli. Został jeden bramkarz i dwóch młodzieżowców… Skład był cerowany zawodnikami, którzy mieli spore zaległości treningowe.
Zakończmy stwierdzeniami o faktach. Pierwsze, to że Dąbski w Bibicach pożegnał się z i tak mglistym widokiem na okręgówkę. Ta drużyna ma złote lata (wystarczy przypomnieć sobie, kiedy Dąbski poprzednio był czołowym klubem A klasy), ale o więcej się nie pokusi. Doszła do ściany, zajmie na finiszu 3. lub 4. miejsce. Drugie stwierdzenie, a raczej informacja, że najbliższy mecz będzie w sobotę z Dragonem (godz. 17). I mimo blamażu w Bibicach, niezmiennie trzeba pojechać po punkty. Inaczej nie miałoby to żadnego sensu.
BIBICZANKA – DĄBSKI 7:1 (4:1). Bramka dla Dąbskiego – Radwański 25′.Skład Dąbskiego: Banasik – Szot, Cebula, Małota, Gilarski – Radwański, Turczyk, Semper (65′ Gerlich), Jędrysiak – W. Ziułek (60′ Adamski), A. Ziułek (46′ Madyda).

ŚWIĄTECZNE GRANIE – DĄBSKI KS- KRAKUS SWOSZOWICE 2:1 (2:1)

                                      Zwycięzców się nie sądzi
I już po therb-rywala-mlodzicy-armatura_62ytule wiadomo, że wynik (2:1) meczu z Krakusem Swoszowice był lepszy niż gra Dąbskiego. Nasi na Wielkanoc dociągnęli skromne zwycięstwo.
Trudno powiedzieć, co tak naprawdę sprawiło, że Dąbski zaliczył słabsze zawody. Dobrych w tym dniu piłkarzy brakowało, większość była przeciętna, a kilku nawet nie. Urok meczu w Wielką Sobotę z nisko notowanym rywalem, który zaskoczył naszych chyba tym, że desperacko walczył o punkt. Krakus ambicją maskował duże braki piłkarskie, natomiast Dąbski był taki… nieswój.
Ale i tak nasi powinni byli wygrać wyżej, bo Krakus poza swoim golem nie zrobił pod bramką Artura Banasika niczego groźnego. Zresztą można się spierać, czy gol dla gości padł z pozycji spalonej czy nie. No cóż, padł. Tymczasem podopieczni Krzysztofa Szewczyka zmarnowali kilka okazji: trzy niecelne strzały z pola karnego oddał Rafał Cebula, dwa razy pogubił się Mateusz Radwański, szanse mieli też Mateusz Jędrysiak i najlepszą Michał Adamski. Było dość akcji, by wygrać co najmniej dwoma bramkami.
Dajmy już spokój, mecz do porywających nie należał i główną korzyścią są zasłużone punkty. Brzydko zwyciężyć – też trzeba umieć. Znacznie ciekawsza wydaje nam się próba podsumowania 1/3 wiosny.
Dąbski wygrał trzy mecze i jeden zremisował – to był godny, wyrównany bój z liderem Wieczystą. 10 punktów na 12 możliwych, czyli start wiosny był co najmniej niezły, nawet dobry. Tyle dało się ugrać. Ekipa trenera Szewczyka potwierdziła, że w A klasie jest pewniakiem.
Zespół poprawił się fizycznie, wytrzymał każde spotkanie na solidnych obrotach. Lepiej też broni, stracił 3 gole w 4 meczach. Tylko że jak zwykle jest coś za coś: zacieśniając dostęp do własnej bramki, musisz oddać w ofensywie. Tu drużyna ma rezerwy, brak płynności akcji trochę tłumaczy wczesnowiosenna pora: jeden mecz na sztucznym boisku, dwa na boiskach ubogich w trawę i dopiero starcie z Krakusem odbyło się w przyzwoitych warunkach. Jeśli narzekają na murawy w ekstraklasie, to i my możemy.
Sytuacja kadrowa? Była dobra, ale z Krakusem zabrakło Mirosława Sempera i Grzegorza Całka, jeszcze nie zadebiutował Tomasz Nowak (choroby, kontuzje), w zawieszeniu jest nie trenujący Krzysztof Madyda, a Adam Śmigacz najprawdopodobniej już się na Dąbiu nie pojawi. Nie on pierwszy i chyba nie ostatni przeoczył fakt, że wkraczając do Dąbskiego poddajesz się ostremu testowi jakości. Jak do tej szatni nie wjedziesz po piłkarsku z buta, to się w niej nie rozgościsz.
Trener Szewczyk miał zatem w Wielką Sobotę mocno ograniczone pole wyboru, 14 zawodników, ale jak zwykle wygrał. I teraz następuje krytyczny moment, krem palce lizać. Nasi jadą w niedzielę do Bibic (godz. 17) na bój z wiceliderem. Ale tam będzie huczało! Jesienią na Dąbskiej było 2:2, gdzie szala przechylała się w tą i w tamtą stronę. Był to w A klasie kawał meczu i tak pewnie będzie teraz.
Nasi nic nie muszą, ale zechcą wygrać. Ten zespół ma za dużo doświadczenia, dumy i jakości, by komukolwiek lekko oddawać pole. Nie po to grają i trenują w ziąb, upał i wiatr, aby potem czegoś żałować. Tak to widzimy szykując się na Bibiczankę.
DĄBSKI – KRAKUS SWOSZOWICE 2:1 (2:1). Bramki dla Dąbskiego – W. Ziułek 7′, Szot 44′.Skład Dąbskiego: Banasik – Szot, Cebula, Turbasa, Gilarski – Gerlich (46′ Jakubiec), Małota, Turczyk, Jędrysiak – W. Ziułek (60′ Adamski), Radwański (46′ A. Ziułek).